wtorek, 26 lutego 2013

Rozdział siódmy

                                                           <Music>

Iker
   Czułem się jak kompletny idiota. Poniosło mnie wtedy z Sarą na imprezie, fakt. Nie powinienem był jej całować, a jednak stało się. Sam nie wiem jak. Późniejsza rozmowa z Sylwią też raczej nie pomogła, bo nie potrafiłem po męsku przyznać się do tego, co się stało. Wyrzuciła mnie za drzwi i miała rację.
Dobijałem się potem na jej telefon, naprawdę chciałem to wszystko odkręcić, ale ona wyłączyła komórkę i zniknęła na kilka dni. Bałem się o nią, na treningach nie byłem w stanie się skupić, aż wreszcie ktoś mi powiedział, że Sylwia wyjechała na wieś. chyba w klinice... Tak, to była recepcjonistka z kliniki. Powiedziała mi też kiedy Sylwia wraca do pracy, więc postanowiłem, że przyjadę po nią gdy będzie kończyła i porozmawiamy.
No i, cholera, przyjechałem. Z bukietem róż, jak ostatni frajer. Czerwonych, bo takie lubiła. Zaparkowałem pod kliniką punkt szósta i czekałem, aż ona wyjdzie. Trochę to trwało, pewnie trafił się jakiś trudny przypadek. Nie zrażałem się, miałem jeszcze czas. Mogłem poczekać.
Wziąłem z siedzenia ten cholerny bukiet i myślałem intensywnie co powinienem powiedzieć Sylwii, wpatrując się w czerwone jak krew płatki. Świat musiał mi na chwilę zniknąć z oczu, bo następne co pamiętam, to ona, za przeszklonymi drzwiami kliniki. Wyskoczyłem z samochodu, a tymczasem jakiś gość, idący tuż za Sylwią otworzył jej drzwi i przytrzymał.
Boże, jak ona cudownie wyglądała. Jak anioł. Jakby świeciła od wewnątrz światłem, taka jasna i promienna. Uśmiechała się lekko, a ja stałem i patrzyłem, jak światło wieczornego słońca złoci jej włosy, tak, że wyglądały jak aureola.
I wtedy zobaczyłem dobrze tego kolesia, który wcześniej otworzył drzwi. To był Alonso. Mój kumpel z drużyny. Nie wierzyłem własnym oczom, patrząc jak obejmuje ją i całuje, a ona się do niego przytula. Nie wierzyłem, ale wiedziałem, że ten blask w niej... To on. To przez niego i dla niego. Czułem się, jakby niebo spadło mi na głowę.
Nie pamiętam za dobrze co było dalej, krew szumiała mi w uszach. Tych dwoje się pożegnało, chyba wsiedli do samochodów. Rzuciłem ten durny bukiet na ziemię i chyba po nim potem przeszedłem, idąc do swojego auta. I pojechałem... za nim. Za tym rudobrodym zdrajcą, który wbił mi nóż w plecy.

Xabi
    Pożegnawszy Sylwię musiałem zbierać się na wieczorny trening. Mourinho dostawał szału, gdy którykolwiek z nas się spóźniał, bodaj o minutę. Apodyktyczny kretyn, wszyscy tak o nim myśleli, ale oczywiście nikt się do tego oficjalnie nie przyznawał. Z zewnątrz drużyna powinna była wyglądać na monolit, co zresztą nie udawało nam się ostatnio zbyt dobrze, właśnie dzięki trenerowi, który uwielbiał szczuć jednych na drugich. Martwiłem się nieco, tym co może się stać, gdy Sylwia zostawi Ikera. Casillas na pewno mi za to nie podziękuje, poza tym... Nie czułem się dobrze, kochając kobietę, która związana była z moim kumplem.
Fakt, traktował ją podle, czasami miałem ochotę go za to zdrowo opieprzyć, ale milczałem. Nie chciałem, żeby to wszystko się tak potoczyło, nie chciałem odbijać dziewczyny przyjacielowi. To nie było fair, ale czasami miłość przychodzi z taką siłą, jakby to było tsunami. I nic już nie jest takie jak było, a biegu spraw nie da się po prostu zatrzymać. Pragnąłem Sylwii, każdą komórką mego ciała, pragnąłem nie tylko się z nią kochać, ale być z nią, patrzeć na nią, iść z nią przez życie. Pragnąłem tego jak jeszcze nigdy niczego. Chciałem się nią opiekować, chronić ją, chciałem być jej mężczyzną.
Zajechawszy na klubowy parking otrząsnąłem się z tych myśli i skoncentrowałem na czekającej mnie pracy. Kiedy wysiadałem z auta na parking zajechał jakiś wariat, dziko piszcząc oponami. Coś rąbnęło, chyba w coś z lekka przyładował. Miałem tylko nadzieję, że nie był to wóz Pepe, bo ze sprawcy nie zostałoby nawet tyle, żeby pobrać próbkę DNA do identyfikacji, gdyby się Kepler dowiedział kto to.
Nie zdążyłem się przywitać z chłopakami w szatni, gdy drzwi otwarły się z trzaskiem i stanął w nich Casillas. Pierwszy raz w życiu widziałem go w takim stanie, bladego jak płótno i z błędnym wzrokiem. I nie tylko ja, wszyscy w szatni patrzyli na niego baranim wzrokiem. Marcelo przełknąl kawałek wcinanego pokątnie batonika i zapytał, niezbyt inteligentnie:
- Te Iker, stało się coś? Źle wyglądasz.
Pepe popukał się w czoło, natomiast Casillas bez słowa ruszył w moją stronę. Ramos i Benzema, wyraźnie zaniepokojeni, też się ruszyli.
- Zdrajca! - warknął Iker, popychając mnie na ścianę. - Pieprzony Judasz!
Podniosłem dłonie w górę.
- Iker, chłopie, spokojnie. Wyjaśnijmy to sobie...
- Nie ma, kurwa, czego! - ryknął. Zamachnął się na mnie pięścią. Uchyliłem się.
- Casillas, co ci odpierdoliło? - Ramos złapał Ikera za rękę. Ten wyrwał się i rzucił się na mnie, waląc pięściami na oślep. Nie chciałem go tłuc, w końcu miał się powód wkurwić, ale musiałem się bronić. W szatni rozgorzała bitwa.

Sylwia
    Siedziałam w domu nad kieliszkiem wina, usiłując sobie to wszystko poukładać, gdy zadzwonił telefon. To był Pepe.
- Sylwia! - zaszeptał konspiracyjnie w komórkę. - Włącz telewizor, natychmiast! Jest niedobrze, jest abso-kurwa-lutnie źle!
- Pepe? Nie rozumiem, po co mam włączać...
- Po prostu włącz! - zaświszczał. - Dowolny kanał newsowy!
Spełniłam jego polecenie i oniemiałam.  Na ekranie widać było dobrze mi znaną szatnię Realu, w niej zaś kompletny chaos. Xabi i Iker bili się, Casillasowi, ciekła ciurkiem krew z nosa, Xabi miał rozbity i krwawiący łuk brwiowy. Pozostali zawodnicy Królewskich próbowali ich rozdzielić, ale to nie było łatwe, bo Iker rzucał się jak szaleniec.
- Widzisz to? - zaszeptał mi w słuchawce Pepe. - Pobili się! O ciebie!
- Dobry Boże... - jęknęłam.
- To nagranie przysłało nam anonimowe źródło. Bójka miała zdarzyć się dzisiejszego wieczoru. Poprosiliśmy trenera Jose Mourinho o ustosunkowanie się do tego nagrania.
Twarz Mourinho promieniała zadowoleniem.
- Ten filmik prezentuje dobitnie, kto stoi za pogorszeniem atmosfery w szatni i wewnętrzym rozbiciem Królewskich. Widać chyba, że nie jestem to ja? Pan Casillas został odesłany do domu, jutro w bramce zastąpi go Adan. Klub zastanowi się nad dalszymi losami Casillasa.
- Żadne tam anonimowe źródło! - emocjonował się Pepe. - Mourinho sam wysłał, ja to widziałem, on dawno szukał haka na Ikera! Ja już muszę iść, ja w sraczu siedzę, wkręciłem Mou, że muszę się odlać, ale jak on mnie nakryje z komórką, to mi nogi z dupy wyrwie! Sylwia, ja nie wiem co wy tam z Xabim odwaliliście, a jak się faktycznie z nim tenteges to wiesz, wasza sprawa, ale zrób coś z Ikerem, bo on jest w strasznym stanie! Ledwie go od Alonsa oderwaliśmy!
Zamknęłam oczy.
- Ale Pepe, ja...
- Muszę lecieć! - syknął i rozłączył się.
Przez chwilę wpatrywałam się tępo w brzęczący telewizor, potem bez słowa wstałam i wyszłam.
Zgodnie z tym co powiedziano w telewizji Iker był w domu. Siedział na kanapie, z butelką polskiej wódki , popijając z gwinta.
- Iker... - powiedziałam nieśmiało. Czułam się cholernie podle.
Spojrzał na mnie przekrwionymi oczyma.
- Czego chcesz? - zapytał. - Rozpierdoliłaś moje życie, zniszczyłaś karierę, czego, kurwa, jeszcze chcesz?
- Porozmawiać - odparłam. - Źle się stało, ale nie obwiniaj mnie za wszystko. To nie ja kazałam ci bić się z Xabim.
- Xabi - powtórzył. - Kochany Xabi, wierny kumpel, wysłucha, pocieszy, a także wyrucha twoją kobietę, kiedy ty nie możesz. Czarujące.
- Nie mów tak! - krzyknęłam.
Podniósł się chwiejnie z kanapy.
- Nie mów mi co mam robić - rzekł ponuro.
- Iker, proszę cię - spróbowałam jeszcze raz. - Załatwmy to jak dorośli ludzie...
Zanim się obejrzałam, już przy mnie stał, obejmując żelaznym uściskiem w pasie.
- To znaczy jak? - zionął mi przetrawionym alkoholem w twarz.
- Puść mnie! - szarpnęłam się.
- Ohoho, pieszczotek nie łaska? Czyżbym nie był tak dobry, jak boski Xabier?
Spróbował mnie pocałować. Uderzyłam go w twarz.
- Podła dziwka - wymamrotał, puszczając mnie. - Idź sobie, gdzie chcesz.
Zaaplikował sobie kolejną porcję wódki z butelki.
- Idź i zdechnij, suko, zamiast rozpierdalać życie uczciwym mężczyznom! - ryknął, siadając na dywan z impetem.
Tego było dla mnie za wiele, moja krucha równowaga psychiczna runęła jak domek z kart. Płacząc wybiegłam z jego domu, nie patrząc dokąd idę.

Xabi

   Po treningu, ponurym niczym pogrzeb, złapał mnie Pepe i poinformował mnie, że zadzwonił do Sylwii.
- Co jej powiedziałeś? - zapytałem, chwytając go za ramię.
- Nic, że się pobiliście i Casillasowi odpierdoliło... Aua! Alonso, czy tobie też odpierdala? Puść mnie, kretynie!
Spojrzałem na swoją rękę, ściskającą biceps Pepe z taką siłą, że aż pobielały mi palce.
- Przepraszam - powiedziałem machinalnie i zwolniłem uścisk.
Pepe popatrzył na mnie z urazą.
- No kurwa, weźcie wy się leczcie, co? - roztarł ramię. - Ona pewnie do niego pojechała, bo jej mówiłem, żeby coś zrobiła...
- Kepler, czasami jesteś debilem! - jęknąłem i odepchnąłem go, ponieważ blokował mi przejście. Jak wariat runąłem ku drzwiom, tak jak stałem, w stroju do ćwiczeń.
- No kurwa, zadzwońcie po psychiatrę! - dobiegł mnie jeszcze jego wrzask.
Przez miasto jechałem tak, jakby goniło mnie stado furii, po czym zahamowałem z piskiem opon po przeciwnej stronie ulicy niż dom Casillasa, nieomal demolując komuś śmietnik. W tym samym momencie z domu wypadła Sylwia, cała zapłakana.
- Sylwia! - krzyknąłem wyskakując z samochodu.
Podniosła głowę, uśmiechnęła się przez łzy i wbiegła na jezdnię.
Wtedy znikąd, cholera, pojawił się samochód, obrzydliwie żółty sportowy kabriolet, jadący z obłąkaną prędkością. Uderzył ją, a ona wyleciała w powietrze niczym szmaciana lalka i spadła kilka metrów dalej, uderzając o asfalt z potworną siłą.
Serce mi stanęło.
- Sylwia! - wrzasnąłem, pędząc w jej stronę.
- Sylwia! - znajomy głos był jak echo dla moich myśli.
Tymczasem kierowca żółtego samochodu wrzucił wsteczny i zawrócił, odjeżdżając z taką samą prędkością, z jaką przyjechał.
Padłem na kolana, nie bacząc, ze zdzieram je sobie na szorstkiej i twardej nawierzchni ulicy. Dotknąłem ramienia Sylwii. Żyła, ale krew ciekła z jej uszu i ust, a także z rozbitej głowy, tworząc wokół niej krwawą aureolę na asfalcie.
- Sylwia... O Boże, proszę, nie... - wyszeptałem.
Obok mnie klęczał Iker, z twarzą zalaną łzami.
- Sylwia! - wykrzyknął w ciemniejące niebo. - Co ja zrobiłem? Co ja ci zrobiłem!

_________________________________________________________________________
Wyrobiłam się przed El clasico dzięki Martinie, która reanimuje moją wenę a w razie czego pomaga w napisaniu. Po konsultacji fabularnej postanowiłam rozdzielić narracje na trzy osoby, ponieważ po wypadku Sylwia zamilknie i historia będzie opisywana przez Ikera i Xabiego. 
Kończę bo właśnie rozpoczyna się mecz. Trzymam kciuki za obie drużyny! Niech wygra lepszy! 
Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dodać tego gifa, który dedykuję Martinie :*
                                                                                          Fiolka :*

wtorek, 19 lutego 2013

Rozdział szósty


Zaczynało świtać, gdy opuściłam dom Xabiego, a gdy dotarlam do siebie, było już zupełnie jasno. Pierwsze promienie słońca załamywały się w kroplach rosy na liściach roślin w donicach przed wejściem, a gdzieś daleko odzywał się zaspanym głosem jakiś ptak. Świat wydawał się taki piękny i czysty. Coś we mnie chciało wzbić się w malowane złotem i błękitem poranne niebo, pijane szczęściem, lecz z drugiej strony w mej duszy narastał, niczym burzowe chmury, strach. Co dalej? Co mam, u diabła, począć?
Iker siedział w fotelu w salonie, blady i z zaczerwienionymi oczyma, jeszcze bardziej rozczochrany niż zwykle.
- Gdzie byłaś? - zapytał, zrywając się. - Pół nocy do ciebie wydzwaniałem, nie raczyłaś odebrać!
- A drugie pół? - nie zdołałam się powstrzymać. - Bawiłeś się świetnie z panią Carbonero, tak?
Twarz mu stężała.
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedział. - Dlaczego nie odbierałaś? Dlaczego zostawiłaś mnie samego?
Zamknęłam oczy, przepełniona poczuciem winy i gniewem.
- Bo nie miałam ochoty z tobą rozmawiać. Zresztą miałeś dobrą opiekę. Pani Carbonero zajmowała się tobą wyjątkowo czule.
Iker poczerwieniał lekko.
- Przestań! Rozmawialiśmy tylko, a ty robisz z tego Bóg wie co! - wzruszył ramionami.
- Rozmawialiście? - syknęłam. - Nie wiedziałam, że potrafisz mówić z cudzym językiem w gardle.
- O co ci chodzi? - Casillas ciągle brnął w zaparte.
- Całowaliście się! - wrzasnęłam. - O to mi chodzi! Lizałeś ją!
- To nie tak, jak myślisz... - zaczął.
Coś we mnie pękło. Chwyciłam stojący na stole wazonik i cisnęłam nim w Ikera. Uchylił się zwinnie, naczynie trzasnęło w ścianę i rozpadło się na kawałki.
- Wynoś się! - zaczęłam płakać. - Nie chcę cię widzieć, kłamco!
- Sylvia... - Iker stał ze spuszczoną głową i rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Wyglądał teraz jak mały, smutny chłopiec. - Ja ci wytłumaczę... Posłuchaj...
- Idź... - osunęłam się na dywan, zanosząc się płaczem.
Wyszedł bez słowa.
Nie mogłam wytrzymać w mieszkaniu, nie mogłam wytrzymać w tym mieście, wzięłam więc zaległy urlop i wyjechałam do letniego domku znajomych. Następne dwa dni spędziłam głównie siedząc na ganku i patrząc szklanym wzrokiem w przestrzeń, żywiąc się głównie mrożoną herbatą, wypijaną w dużych ilościach. Nie oglądałam telewizji, nie czytałam prasy, nie odbierałam żadnych telefonów.
A dzwonili obydwaj, Iker i Xabi. Po którymś kolejnym dzwonku po prostu wyłączyłam telefon i wrzuciłam na dno walizki. To było zbyt trudne, aby myśleć o tym teraz. Zbyt trudne.
Iker nie był uczciwy względem mnie. Zaniedbywał mnie, traktował jak swoją własność i obmacywał się z Sarą Carbonero, tak. Ale czy ja byłam lepsza? Zdradziłam go i to z jego najlepszym przyjacielem.
Nasz związek był najwyraźniej martwy, gdyby podłączyć go do aparatury medycznej, linie na monitorach byłyby kompletnie płaskie, to fakt. Nie zmieniało to faktu, że czułam się okropnie, z tym co zrobiłam. Nie powinnam była...
Nie powinnam, ale to było tak cudowne. On, Xabi, był tak cudowny, dobry i słodki. Było w nim coś, co przyciągało mnie jak magnes i nie chodziło tylko o pociąg czysto fizyczny. Po prostu coś w nim, do czego moja dusza lgnęła niczym zmarznięty człowiek do rozgrzanego pieca.
Nie potrafiłam o nim zapomnieć, ani przejść do porządku dziennego nad naszą wspólną nocą. Nie mogłam także po prostu rzucić Ikera i paść Xabiemu w ramiona. To byłoby złe, tak bardzo złe...
Po dwóch dniach wróciłam do Madrytu i niczym w znoszone buty wskoczyłam w codzienną rutynę. Poczekalnia wprawdzie pękała w szwach od pacjentów, a biurko uginało się od papierów do przejrzenia i uzupełnienia, ale praca była dobra, pozwalała mi nie myśleć o niczym innym poza nią i przyjmowałam dawane przez nią wytchnienie z wdzięcznością. Skupiłam się bez reszty na objawach, schorzeniach, lekach i diagnostyce, wszystko inne usuwając ze świadomości.
Obiad zjadłam niemal w biegu, stojąc nad stolikiem w szpitalnej kantynie, potem wróciłam do gabinetu, by znowu przyjmować chorych. Zatonęłam w pracy do tego stopnia, że nawet nie zauważyłam, kiedy zegar wybił szóstą i dopiero gdy okazało się, że badana przeze mnie dziewczyna, to ostatnia pacjentka tego dnia, uświadomiłam sobie, że jest już późno.
Kiedy wyszła siedziałam przez chwilę za biurkiem z zamkniętymi oczyma, potem zaś zabrałam się za robotę papierkową. Od wypełniania formularzy oderwało mnie trzaśnięcie zamykanych drzwi.
Podniosłam głowę. Przede mną stał Xabi, majestatyczny i piękny w promieniach zaglądajacego przez okno popołudniowego słońca.
- Dzisiaj już nie przyjmuję - powiedziałam, mając nadzieję, że drżenie mojego głosu nie jest zbytnio słyszalne.
- Sylwia - powiedział, a przez moje ciało przebiegł dreszcz.
- Idź proszę! - jęknęłam.
Poruszył się. Wziął coś z mojego biurka i podszedł do drzwi. Myślałam w pierwszej chwili, że zamierza wyjść, ale coś błysnęło w jego dłoni i już wiedziałam, że się mylę.
To był klucz.
Xabi zamknął starannie drzwi i odwrócił się do mnie.
- Musiałem cię zobaczyć - powiedział.
- Xabi, nie powinniśmy... - wstałam zza biurka. - To nie jest właściwe...
Podszedł do mnie i stanął tak blisko, że czułam bijące od niego ciepło i zapach, mieszankę woni męskich kosmetyków i jego ciała.
- Wiem - rzekł. Powiódł palcem po moich ustach. Zadrżałam.
- Nie mogę zapomnieć - szepnął. - O nas.
- Xabi, nie ma żadnych nas! To był tylko zwykły... - szukałam desperacko właściwych słów. - zwykły numerek!
Jego zielonkawe oczy rozbłysły.
- Czyżby? - zapytał. Jego usta zawisły tuż nad moją twarzą. Czułam jak jego ciepły oddech omiata moją skórę. - Wiesz, równie dobrze jak ja, że to było coś więcej niż numerek. Wiesz, że między nami coś jest, Sylwia.
Zaczęłam drżeć niczym liść. Fale gorąca rozchodziły się po moim ciele, moim zdradzieckim ciele, które pożądało Xabiera jak niczego i nikogo dotąd.
- Przestań, proszę - jęknęłam słabo, czując jego usta na szyi.
- Przecież - tchnął w moją skórę. - Przecież to tylko zwykły seks.
Straciłam panowanie nad sobą i wpiłam się w jego wargi w szaleńczym, namiętnym, wygłodniałym pocałunku. Niecierpliwe ręce Xabiego szarpnęły połami mojego fartucha, guziki prysnęły na wszystkie strony z suchym grzechotem.
Wylądowaliśmy na blacie biurka, z którego Xabi jednym gestem zrzucił wszystko, co na nim leżało. Papiery poleciały w powietrze, kubek z resztkami kawy roztrzaskał się na posadzce, ołówki i długopisy potoczyły się w ślad za nim i za podskakującym radośnie pod krzesłem plastikowym pojemnikiem w którym dotąd tkwiły.
Nie zadawałam sobie trudu, by rozpinać koszulę Xabiera, po prostu zdarłam ją jednym ruchem i odrzuciłam gdzieś za siebie. Niczym w amoku całowałam jego pierś i językiem pieściłam sutki, słuchając, jak cicho pojękuje i mruczy, jak jego oddech staje się coraz szybszy i płytszy.
Nie pozostał mi dłużny. Jego ruchliwe dłonie o długich palcach były wszędzie, jedna pobłądziła pod moją spódnicę, pieszcząc mą kobiecość tak, że rozkosz zamąciła mi na chwilę w głowie i niemal odebrała świadomość. Druga ręka Xabiego zwinnie uporała się z zapięciem mego stanika, tak, że po chwili górne fragmenty mej garderoby leżały na podłodze, a niestrudzone wargi i język mego kochanka witały me nabrzmiałe piersi, powodując kolejne wybuchy oślepiającej rozkoszy, wyrywając gardłowe jęki z mych ust.
Nie wiem nawet kiedy pozbyliśmy się odzieży do końca, wiem tylko, że w końcu nakrył mnie swym wspaniałym, potężnym ciałem i poczułam go w sobie. Ogarnęły mnie płomienie, ale takie, które łączą ludzi, miast niszczyć. Szeptał moje imię, powtarzał je w nieskończoność, a ja tonęłam w jego głosie, w nim, płynąc na fali rozkoszy, która narastała we mnie z każdą chwilą. Przylgnęłam do niego, wdychając zapach jego potu i bezpieczna w jego ramionach pozwoliłam mu się zaprowadzić na sam szczyt.
Potem siedzieliśmy przez chwilę w ciszy na biurku, pośród porozrzucanych papierów i odzieży. Położyłam głowę na piersi Xabiego, słuchając równego i miarowego bicia jego serca, a on bawił się pasmami moich włosów.
- Nadal sądzisz, że był to zwykły numerek? - zapytał cicho.
Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy, szukając tam drwiny, ale była w nich tylko miłość, tak czysta i mocna. Zaczęłam płakać, a nie chcąc, żeby to widział, schowałam twarz na jego piersi.
- Nie - wyszeptałam. - Nie myślę tak. Och Xabi, ja... Chcę żebyś to wiedział, ja nigdy nie czułam czegoś takiego... Iker, on był pierwszym facetem, którego odważyłam się wpuścić do swojego życia, ale nawet jemu nie potrafiłam tak naprawdę zaufać.
- Cicho - pogłaskał mnie po głowie. - Nie musisz...
- Ale chcę! - przerwałam mu. - Mo-moja matka zostawiła mojego ojca, kiedy byłam jeszcze mała. Widziałam jak bardzo on cierpiał i tęsknił za nią, chociaż starał się tego nie okazywać, ale ja widziałam! Ja się bałam, że tak zawsze musi być, że kiedy kogoś pokochasz, to zostaniesz zraniony, ale ja... ja.. już nie wiem... Teraz jest inaczej... Przy tobie. Powiem... Powiem Ikerowi, że to już koniec. Nie mogę być z nim dłużej.
- Ciiii - Xabier kołysał mnie w ramionach. - Cicho, maleńka. Nie dam cię zranić. Nikomu.
_________________________________________________________________________
Oddaję w wasze ręce rozdział szósty, bardzo gorący i romantyczny (mam nadzieję :D) Iker będzie musiał jeszcze raz wszystko sobie przemyśleć i poukładać. Chciałam pokazać go z drugiej strony, zrobić z niego zupełnie kogoś innego i myślę że to mi się udało ;) 
Życzę miłego czytania 
                                                       Pozdrawiam Fiolka :)
Wasze blogi ponadrabiam na weekendzie, gdyż zepsuł mi się laptop i korzystam z komputera siostry :)








wtorek, 12 lutego 2013

Rozdział piąty

                                                               <Music>

    Patrzyłam na niego przez chwilę wycierając załzawione oczy wierzchem dłoni.
Alonso ruszył w moją stronę w momencie kiedy coś się we mnie odblokowało, rzuciłam się w jego ramiona a on przytulił mnie do siebie.
- On...on ją całował!- wykrztusiłam mocząc mu koszulę. - Co ja mam teraz zrobić?
- Przede wszystkim powinnaś się uspokoić. Chodź odwiozę cię do domu i tam porozmawiamy.
- Nie!- objęłam go w pasie jakby był moim kołem ratunkowym.- Nie chcę wracać do domu!
- Dobrze nie pojedziemy do ciebie. Zabiorę cię do siebie.- poprowadził mnie do stojącego za rogiem Audi usadawiając na siedzeniu pasażera. Pochylił się nade mną zapinając mi pas bezpieczeństwa.
Nie pamiętam drogi do domu Xabiego w mojej zamroczonej głowie cały czas kołatała się myśl, że Iker właśnie zdradza mnie z Sarą Carbonero.
Nasz związek był wariacki, kłóciliśmy się często za mało w nim było czułości i przywiązania, ale bolało mnie to. Widok obcych ust całujących jego wargi, jego uśmiechu gdy ta kobieta pochylała się nad nim i pieściła jego klatkę piersiową.  Brakowało mi oddechu, moja dusza właśnie rozpadła się na milion kawałków, które boleśnie wbijały mi się w ciało.
Ukryłam twarz w dłoniach, ale łzy nie chciały już lecieć a zostało tylko suche uczucie, że właśnie coś skończyło się w moim życiu.
Gdy zajechaliśmy pod dom Alonsa, pomógł mi wysiąść i zaprowadził do siebie. Siedziałam w przestronnym salonie czekając na Xabiego, który poszedł zrobić mi herbatę. Patrzyłam na zdjęcia na fortepianie, na nagrody które zdobył przez lata swojej kariery i na przeróżne pamiątki świadczące o tym, że ludzie go szanują.
Mężczyzna wrócił w momencie gdy oglądałam jego zdjęcie z wysoką brunetką.
- Piękna. - odłożyłam ramkę patrząc na Alonsa.- To twoja dziewczyna?
Postawił kubki na stoliku i podszedł do mnie patrząc wprost w moje oczy.
- To moja kuzynka Poppy. - odpowiedział - Ty też jesteś piękna.- założył mi za ucho kosmyk włosów, które wymknęły się z koka.
Patrzyliśmy na siebie a jego dłoń dotykała mojego policzka, była ciepła i delikatna. Przysunęłam się bliżej niego jak kotka spragniona dotyku i pieszczoty człowieka, jak ktoś kto chciał zaznać w życiu czułości. 
Wtedy wydarzyło się coś, czego nigdy bym się nie spodziewała a co było rzeczą nieuniknioną przypieczętowaną przez nasze wspólne przeznaczenie.
Usta Xabiego opadły na moje wargi w delikatnej pieszczocie, były miękkie i delikatne a przy tym stanowcze. Całował mnie zupełnie inaczej niż Iker nie było w tym zaborczości ani zachłanności była za to czułość i ciepło.  Xabier obejmował mnie w pasie tak ostrożnie jakbym była delikatną figurką, czułam ciepło bijące z jego silnego, męskiego ciała.
- Jesteś tego pewna?- zapytał  odrywając się ode mnie na chwilę.
Przytaknęłam wpatrując się w niego ogromnymi oczami. Usta piłkarza z powrotem zawładnęły moimi a jego dłonie przesunęły się z talii na na żebra i  w końcu na plecy. Rozsunął zamek sukienki a ona niczym kolorowy okrąg opadła u moich stóp. Nie miałam na sobie stanika, czym wywołałam w nim duży zachwyt. Jego dłonie z pietyzmem dotknęły moich piersi, bawiąc się przez chwilę sutkami, podczas gdy jego usta wytyczały wilgotny szlak na moim rozpalonym ciele.
Podniósł głowę patrząc na mnie tak, że ugięły się pode mną kolana. Opadliśmy na miękki, turecki dywan dalej obdarzając się pieszczotami. Moje ręce, jakby przyciągane magnesem, rozpięły mu koszulę, która opadła jak biały ptak obok mojej sukienki. Zagłębiłam palce w złociste włosy, porastające jego cudownie muskularną pierś.
Spojrzał na mnie spod półprzymkniętych powiek a ja poczułam jak oblewa mnie żar.
- Czuję się jak prezent po rozpakowaniu. - przyciągnął mnie do siebie obdarzając kolejną dawką oszałamiającej przyjemności. Leżałam na miękkim materiale a usta Xabiego ponownie znalazły się na moim ciele wywołując we mnie kolejne fale przyjemności. Mruczał jak kot drażniąc moją skórę rudozłotym zarostem.
Nie pamiętam kiedy pozbył się reszty mojego i swojego odzienia. Leżeliśmy nadzy w blasku księżyca sączącego się przez otwarte drzwi na patio. Rześkie nocne, powietrze chłodziło nasze rozpalone ciała.
Zadrżałam gdy rudobrody pochylił się nade mną by zdecydowanym ruchem rozdzielić moje nogi. Wsunął się we mnie wypełniając mnie od środka a w mojej głowie emocje szalały w gorącokrwistym tangu. Bawiła się ze mną jak w słowach piosenki usłyszanej w dzieciństwie.
"On chyba lubi tak się bawić, palić ciało...lizać moje łzy i jak martwy ból odebrać mowę..." To było tak niesamowite, tak oszałamiające i tak... dobre. Wiem... nie powinnam tego mówić, ale Xabi był taki cudowny, ciepły i męski. Nie szaleliśmy jak napalone małolaty na tylnym siedzeniu w samochodzie rodziców. Xabi zdobywał mnie nieskończoną liczbą pocałunków z cierpliwością i czułością a ja poddawałam się temu wszystkiemu zupełnie wyłączając myślenie.  Rozpoczęliśmy wspólną wspinaczkę po szczeblach rozkoszy podczas gdy żar wypełniał nasze żyły. Xabi przyśpieszył, objęłam go za szyję przeczesując jego wilgotne od potu włosy. Nasze usta ponownie się spotkały... zadrżałam gdy poczułam, że moje ciało zaczyna wibrować a potem ciepło rozlewa się po nim wraz z nastaniem rozkoszy. Xabi spijał z moich ust okrzyki dłońmi przedłużając wstrząsające mną spazmy. Sam szybko do mnie dołączył opadając bezwładnie na moje ciało i tuląc mnie jakbym była najcenniejszym skarbem.
Gdy emocje w końcu opadły ze wstrząsem odkryłam, że leżę naga w ramionach mężczyzny, który był najlepszym przyjacielem mojego chłopaka.
To prawda, że Iker zdradzał mnie z Sarą a właściwie to w miejscu publicznym ślimaczył się z nią nie zważając, że mogę ich nakryć, ale sama nie byłam lepsza. Pomimo tego, że przepełniała mnie mieszanka odurzającego szczęścia, to z drugiej strony przytłaczało mnie poczucie winy. Xabi prawdopodobnie czuł to samo, głaskał mnie delikatnie gdy złożyłam głowę na jego piersi.
Cisza wdarła się pomiędzy nas oboje, pozwalając nam na własne przemyślenia.
Sex z Ikerem nie można było porównać do tego co przed chwilą wydarzyło się między mną a Xabim.
Na swój sposób kochałam Casillasa, ale nigdy nie dał mi poczucia, że jestem dla niego kimś ważnym, kimś komu powierzyłby swoje życie.
Rudobrodego znałam od niedawna, a uczucie bezpieczeństwa i poczucia, że zrobiłby dla mnie wszystko zdominowało mnie jak hiszpańska ofensywa na boisku. Osaczył mnie, ale były to sidła w dobrym tego słowa znaczeniu.
- Xabi...- przerwałam ciszę. - Co my teraz zrobimy?- zapytałam opierając się dłońmi na jego klatce piersiowej.  Spojrzał na mnie tymi swoimi cudownie dobrymi oczami i w tej chwili przeklinałam siebie, że to z mojej winy zdradził przyjaciela.
- Nie wiem...- odpowiedział udręczony. - Ale niczego nie żałuję!
Przewrócił mnie na dywan na powrót górując nade mną. Z jego spojrzenia mogłam wyczytać jedno... chęć podjęcia walki i zwycięstwa.
Pocałował mnie i włożył w to tyle pasji, że całkiem zapomniałam o tym że prawdopodobnie Casillas nie wie gdzie zniknęłam i dlaczego nie odbieram jego telefonów.

________________________________________________________________________
Przepraszam Was, że tak krótko ale nie chciałam dalszej akcji pchać do tego rozdziału. Należy od w całości do Xabiego i Sylwii oraz tego co się między nimi zdarzyło.
Ciekawa jestem waszych opinii :)

                                                                     Pozdrawiam Fiolka :*

wtorek, 5 lutego 2013

Rozdział czwarty


            Minęły dwa tygodnie pełne wątpliwości i niepewności co do dalszej przyszłości mojej i Ikera związku.  Kontaktowaliśmy się dwa razy i za każdym nasza rozmowa trwała nie dłużej niż pięć minut. Casillas przebywał obecnie na Bali razem z Sergiem Ramosem, Pepsem i ich dziewczynami. Proponował mi dołączenie do tego wesołego towarzystwa, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że odmówię.  Był koniec lipca a Madryt zalewały fale upałów przez co mnożyły się epidemie przeróżnych gryp i angin. Byłam zawalona robotą od rana do późnego wieczora a potem nie miałam już na nic ochoty.
Dwa razy widziałam się z Xabim, raz kiedy przyszedł uśmiechnięty na wizytę kontrolną.  Za nim w kolejce było kilka osób, więc nie mogłam za długo z nim rozmawiać. Zbadałam go i odesłałam zdrowego z receptą na witaminy.
Drugi raz natknęliśmy się na siebie w supermarkecie. Xabier mieszkał niedaleko mnie w tej bardziej prominentnej części jednego z madryckich osiedli.
- Cóż za miłe spotkanie!- wykrzyknął ściskając mnie na środku sklepu.
Odpowiedziałam na uścisk z bardzo dużym jak na mnie entuzjazmem.
Zakupy dokończyliśmy razem, wymieniając uwagi na temat piłkarskiej diety i naszych upodobań kulinarnych. Xabi zaskoczył mnie swoją wiedzą na temat kuchni i gotowania, muszę to przyznać.
A potem... Potem pojechaliśmy do mnie.
- Nie wypada - rzekł Xabier, chwytając moje ciężkie siatki - aby dama nosiła takie ciężary.  Odwiozę cię.
- Ale...
Uniósł w górę wolną dłoń.
- Odmowy nie przyjmę.
Odwiózł mnie więc i zaniósł moje zakupy z samochodu do domu. Zaprosiłam go więc, w ramach rewanżu, na szklaneczkę mrożonej herbaty. Usiedliśmy w trzcinowych fotelach na tarasie i rozmawialiśmy, tak jakbyśmy się przyjaźnili od lat. Xabi wypytywał o moją pracę, o to jak się czuję bez Ikera, a ja odpowiadałam, udając, ze nie patrzę, jak słońce wydobywa złotawe błyski z jego ciemnoblond włosów i zapala bursztynowe iskry w ciemnozielonych tęczówkach
Dwa dni później, tyle, że późnym wieczorem, siedziałam na schodkach tego samego tarasu. Powietrze było lepkie od wilgoci i gorące, gdzieś nad horyzontem pobłyskiwało. Atmosfera była ciężka od elektryczności.
Pociągnęłam łyk sangrii ze stojącej obok mnie szklanki i zadumałam się gorzko. Przed chwilą skończyłam rozmawiać z Ikerem przez telefon, jeśli to można było nazwać rozmową. Krótka, zdawkowa wymiana zdań, bez zwierzeń i wdawania się w szczegóły. Bez troski o mnie. Dlaczego? Dlaczego ten w gruncie rzeczy obcy człowiek, jakim był Xabi, potrafił mi okazać tyle ciepła, zrozumienia i uwagi, a mężczyzna z którym się związałam nie?
Zagrzmiało.
Nie tylko na niebie zbierały się czarne chmury, wisiały one także nad moim związkiem. Widziałam to coraz wyraźniej. Iker i ja nie byliśmy ze sobą, byliśmy obok siebie i odpływaliśmy coraz dalej, mijając się nieubłaganie niczym łodzie na rzece, pośród nocy. Nie potrafiłam tak żyć. Potrzebowałam ciepła, miłości i oparcia. Takiego, jakie dawał mi...
Odpędziłam od siebie pospiesznie tę myśl i towarzyszącą jej wizję rozświetlonych uśmiechem zielonych oczu, po czym spiesznie wypiłam sangrię do dna.
Wiatr targnął drzewami i trzasnął drzwiami tarasu. Na ramionach poczułam pierwsze krople deszczu. Nadchodziła burza.
Kilka dni później wesoła kompania wróciła do Madrytu, wcale nie tak wesoła. Iker miał rękę w usztywniającym opatrunku, efekt zabawy Pepe, który usiłował, w stanie niezupełnie trzeźwym, udowodnić, że jest jak Ibra i niechcący kopnął Casillasa w dłoń. Na szczęście obyło się bez złamania, kość była tylko pęknięta, ale uraz wymagał usztywnienia dłoni przez jakiś czas.
- Jaaaaa nie chciałem! - to było pierwsze co powiedział Pepe, gdy ich zobaczyłam, pojechawszy po Ikera na lotnisko. - To był wypadek!
Popatrzyłam na Keplera. Wyglądał jak zbity i bardzo nieszczęśliwy psiak.
Ramos, z oczyma ukrytymi za ciemnymi okularami tylko zachichotał, a Iker pomachał uspokajająco obandażowaną ręką.
- Pepe, nie ma sprawy - rzekł, chociaż w jego oczach widziałam smutek. - Nie przejmuj się.
Chociaż tego głośno nie mówił, wiedziałam, że Iker bardzo się przejął tym urazem. Ręce były jego narzędziem pracy, każda ich kontuzja mogła stanowić poważny problem, więc chociaż starał się robić dobrą minę do złej gry, widziałam wyraźnie, że jest przybity.
Mimo tego jednak poszliśmy na imprezę do Ramosa, chociaż wydawało się, że Iker nie bawi się zbyt dobrze. Snuł się tylko z melancholijną miną z pokoju do pokoju, piastując przed sobą z uwagą obandażowaną dłoń, wyglądając jak plama smutku między kolorowymi, rozbawionymi kumplami i ich dziewczynami. Wreszcie usiadł w fotelu, stojącym w nieco oddalonym od imprezowego zgiełku miejscu. Usiadłam na poręczy i pogładziłam go po czuprynie, niesfornej jak zwykle.
Siedzieliśmy tak chwilę, milcząc, wreszcie, aby przerwać te narastającą ciszę między nami, zaoferowałam się, że pójdę po drinki. Nie czekając na jego odpowiedź, zanurkowałam w rozbawiony tłumek.
Byli chłopcy z Realu, rzecz jasna, mignęło mi też paru z Barcy. Wydawało mi się również przez ułamek sekundy, że widzę Sarę Carbonero, ale trwało to tak krótko, że było to chyba tylko złudzenie.
- Wszystko z nim w porządku? - zagadnął mnie Xabi, ruchem głowy wskazując Casillasa.
- Martwi się ręką - odparłam zwięźle.
- Rozumiem - odparł. - Pepe też chodzi jak struty. Chyba ma poczucie winy.
- Wszyscy wiedzą, że nie zrobił tego specjalnie - westchnęłam. - To miły chłopak, tylko czasami ciut nieobliczalny.
Xabi pokiwał głową w milczeniu, przyglądając mi się. Poczułam, że się rumienię.
- Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, to jestem do twojej dyspozycji - powiedział, a spojrzenie miał nieodgadnione.
- Dziękuję - odpowiedziałam.
Wreszcie dotarłam do bufetu i chwyciłam dwa najbliższe drinki, nie patrząc nawet co to jest. Lawirując między gośćmi i starając się nie rozlać zawartości szklanek szłam powoli w stronę fotela, zajmowanego przez Ikera, koncentrując się na tym, co dzieje się przede mną.
Kiedy podniosłam głowę, to, co ujrzałam, raziło  mnie niczym grom z jasnego nieba.
Poręcz, na której przed chwilą siedziałam, teraz zajmowała ona. Sara. Pochylała się nad Ikerem, trzymając dłoń pod jego rozchyloną koszulą. Jej włosy, muskały  twarz Casillasa, a on... On się uśmiechał.
Wciąż się uśmiechał, gdy pocałowała go w same usta.
Nie zauważyłam nawet, że szklanki wypadły z moich rąk, tłukąc się na parkiecie. Nie zauważyłam, że od ich zawartości mam mokre buty i nogi.
Chciałam tylko stamtąd wyjść. Jak najszybciej.
Dławiąc się łzami przepychałam się między ludźmi. Wydawało mi się, że ktoś zawołał moje imię, ale nie zwróciłam na to uwagi.
Wypadłam na ulicę. Chłodny powiew owionął moje rozpalone policzki. Światła latarń rozmazywały się przed moimi zapłakanymi oczyma w drżące gwiazdy.
Stanęłam na środku jezdni, ocierając twarz dłońmi, nie bacząc, że rozmazuję sobie makijaż.
- Uśmiech, seniorita - zarechotał ktoś za mną.
Paparazzi. Było ich tu pełno, w końcu u Ramosa bawiły się same gwiazdy. Zasłoniłam się rękami, przygotowując się na błysk flesza.
- Nie waż się! - władczy głos przeciął ciszę nocy niczym trzask bicza. - Zostaw ją, albo będziesz odzyskiwał aparat u proktologa, gnido!
Flesz nie błysnął.
Opuściłam ręce. Paparazzo cofnął się niepewnie.
- Sylwia, poczekaj - ten głos, nie był już władczy. Był ciepły i delikatny. I bardzo znajomy. - Poczekaj, proszę.
Odwróciłam się.
 Przede mną stał Xabi, w rozchełstanej białej koszuli, odsłaniającej jego muskularną, owłosioną pierś.
- Nie odchodź - powiedział cicho.
________________________________________________________________________
No cóż oddaję Wam czwarty rozdział tej historii :) Rozdział nie powstałby, gdyby nie moja przyjaciółka Martina! Specjalnie jej dedykuję uśmiech misia Xabisia :D:*
Miłego czytania :*

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Rozdział trzeci

                                                                   <Music>

     Być może wcześniej nie czułam zazdrości, ale wszystko zmieniło się podczas Euro 2012. Pojechałam z resztą WAG'S do Polski, kraju który był moją drugą ojczystą i w którym się urodziłam. Rodzice mojej matki mieszkali pod Warszawą, więc w Gdańsku byłam pierwszy raz od wyprowadzki do Barcelony.
Pobyt upłynął mi przyjemnie, lubiłam oglądać piłkę nożną a Hiszpanie byli w tym mistrzami. Nie dziwie się, że obronili tytuł.
Byłam dumna, kiedy mój chłopak podniósł puchar w górę  a na niego i resztę zawodników spadł deszcz złoto-srebrnego konfetti. W niebo wystrzeliła seria wielobarwnych fajerwerków a tłumy na trybunach skandowały Epania, Espania.
Wyszłam na boisko żeby pogratulować Ikerowi. Zadowolony podbiegł do mnie tuląc do szerokiej piersi i całując namiętnie.
- Wygraliśmy!- złapał mnie na ręce a wokół nas zrobił się niemały tłumek. Pique, Xabi, Iniesta i Fabregas unieśli mnie w górę a reszta chłopaków im pomagała. Podrzucali mnie jak piłkę do siatkówki. Śmiałam się razem z nimi i ich rodzinami. W tym dniu czułam się wyjątkowo i żal mi było wyjeżdżać z powrotem na południe Europy. 
    W ostatnią noc spędzoną w Gniewinie spacerowaliśmy z Ikerem nad wzburzonym Bałtykiem. Zanosiło się na sztorm a wściekłe bałwany z hukiem wtaczały się na piaszczystą plażę. Zaciągnęłam się słonawym powietrzem naładowanym jodem a na moich włosach osiadły kropelki wody. Ścisnęłam mocniej rękę Casillasa, on zaś uśmiechnął się do mnie.
Dzisiaj był tylko mój.
Czułam się trochę zazdrosna, bo przez cały turniej kręciła się wokół niego dziennikarka sportowa Sara Carbonero. Widziałam, że ta ciemnowłosa i zielonooka piękność bardzo podoba się mojemu "Świętemu". Ona też nie kryła zainteresowania bramkarzem, zawsze z nim robiła najdłuższe wywiady a rozentuzjazmowany Iker zaraz po wygranej wycałował ją stojąc w samych gaciach.
Hiszpańskie gazety od razu podchwyciły temat i stałam się zdradzaną lekarką w dodatku pół Hiszpanką.
Bolały mnie nagłówki "Casillas woli jednak brunetki".
Nie zrobiłam mu awantury, ale wyczuł że nie jestem z tego zadowolona, chyba trochę się nawet przejął. Ostatnimi czasy nie zachowywał się najlepiej i wielu osobom nie znającym go, trudno byłoby uwierzyć w to, że nie jest taki święty na jakiego wygląda.
- Kochanie czy ty przejęłaś się tymi artykułami?- zapytał mnie podczas spaceru.
- Miałabym się przejąć tym, że podobno mój chłopak woli brunetki i być może kręci na boku z inną?- odpowiedziałam pytaniem a w moim głosie słychać było wyraźną kpinę podszytą złością.
Iker przystanął i przyglądał mi się jakby wyrosła mi druga głowa.
- Jesteś o mnie zazdrosna. - zauważył z niejakim zdziwieniem. - Kochanie nie masz o co przecież ustaliliśmy...
- Przestań! Nie mogę tego słuchać! Wiem co ustaliliśmy i że nasz związek jest bardzo luźny, ale sam chciałeś żebym wszędzie ci towarzyszyła. Powiedz po co mam się z tobą włóczyć po imprezach i urodzinach skoro tam nawet mnie nie zauważasz? Nie jestem twoją lalką do dmuchania, mam uczucia i wyobraź sobie że nie podoba mi się widok mojego faceta w samych gaciach lecącego z dziobem do innej laski! - wybuchnęłam w momencie kiedy fala wtoczyła się wprost pod nasze nogi.
Iker znieruchomiał wpatrując się we mnie.
Wtedy niebo przeszyła błyskawica po której nastąpił gwałtowny grzmot. Z nieba prosto na nas lunął rzęsisty deszcz. Iker złapał mnie za rękę, biegliśmy w stronę hotelu moknąć w strugach ciepłego, letniego deszczu. Przelecieliśmy przez recepcję niczym dwie błyskawice, Iker złapał mnie na ręce i wbiegł po schodach na drugie piętro. Wpadł ze mną na rękach do swojego pokoju a tam rzucił mnie na łóżko.
Zakotłowaliśmy się w pościeli, całując się i zdzierając z siebie odzienie. Moja bluzka wylądowała na palmie w rogu pokoju a biustonosz na lampce nocnej.  Zdarłam z Ikera koszulkę, która pofrunęła w powietrzu jak biały ptak, by opaść łagodnie na dywanie. Iker ściągnął spodenki razem z bokserkami. Po chwili miałam go nad sobą nagiego i gotowego do dalszej akcji. Na zewnątrz szalał żywioł a my dostosowaliśmy się do jego gwałtowności. Iker całował mnie i pieścił, jego ręce wędrowały po moim ciele, przez które przechodziły fale rozkoszy.
Zsunął się na dół dostarczając mi przyjemności ustami a ja zaciskałam kurczowo ręce na jego włosach. W pewnym momencie myślałam, że zaraz mu je wyrwę. Krzyknęłam przeciągle oszołomiona uczuciem przyjemności które buzowało mi w żyłach. Nie dał mi odpocząć nawet sekundy, podniósł mnie do góry sadzając na swoich biodrach. Siedział oparty o ramę łóżka a ja usytuowałam się nad nim. Jego usta znowu były na moich piersiach i brzuchu. Drżałam wewnętrznie i zewnętrznie, nasze ciała odnalazły współny rytm. Unosiłam się by po chwili opaść i wziąć go w siebie, to było tak intensywne i jednocześnie słodko-bolesne.
Tempo przyśpieszyło, Iker pchnął mnie na plecy, górował nade mną a potem znów wziął w posiadanie.  Piorun uderzył gdzieś niedaleko a grzmot rozniósł się po okolicy wściekłym rykiem. Słyszałam rozjuszone morze, które pieniło się i szumiało. W chwili kiedy burza ustawała ja przeżyłam najwspanialszy orgazm w swoim życiu. Znieruchomieliśmy a potem Iker opadł na mnie dysząc niczym gladiator po walce.
Leżeliśmy w milczeniu słysząc deszcz stukający o parapet. Mój mózg odzyskiwał pełnię władzy a przyjemność ustąpiła uczuciu goryczy.
Zawsze po kłótni lądujemy w łóżku kochając się jak szaleńcu, a potem znowu jest to samo... Wyswobodziłam się z ramion Casillasa, czułam się brudna tak jakby to przed chwilą przeżyłam było złe.
Seks był wspaniały ale w skrytości marzyłam żeby Iker kochał mnie naprawdę i żeby znaczyło to dla niego więcej. Nie odezwał się, wiedział że znowu władze nad nami wzięła namiętność.
Staliśmy po dwóch stronach walącego się mostu. Właśnie z konstrukcji odpadła kolejna deska, na razie most jeszcze się trzyma, ale niedługo wszystko runie i wszystko wezmą diabli.  Wiele nas łączyło, ale brakowało tego najważniejszego spoiwa.
Szczerego uczucia.

Tydzień później...
    Ślęczałam właśnie nad znienawidzoną przez siebie papierkową robotą. Byłam lekarzem i chciałam leczyć a nie uzupełniać raporty dla dyrektora. Dokumentacja medyczna piętrzyła się na moim biurku, pomiędzy kubkami po kawie.
Nie widziałam Ikera od przylotu do Madrytu i towarzyszącej temu fecie.
Wysłałam mu maila, że jednak powinien pojechać na urlop sam, bo wiem jak skończyłby się nasz wspólny wyjazd. Dużo seksu a po powrocie znowu to samo.
Łudzę się cały czas, że rozłąka coś da. Nie chciałam go stracić, pomimo wielu nieporozumień nadal był moim najlepszym przyjacielem. Człowiekiem, któremu powierzyłabym swoje życie.
Był szalony, ale też w sytuacjach kryzysowych wykazywał niewiarygodną odwagę i stałość. Gdy spadłam ze schodów, opiekował się mną jak małym dzieckiem. Zmusił się nawet do gotowania.
Tęskniłam za nim, ale wiedziałam że tak będzie lepiej.
Moje rozmyślania przerwało łagodne pukanie do drzwi.
- Proszę.- odpowiedziałam automatycznie. Zgarnęłam część papierzysk do szuflady, przyklejając na usta  służbowy uśmiech. W gabinecie pojawił się nie kto inny jak przyjaciel mojego chłopaka, Xabi Alonso.
Gdyby nie bladość malująca się na jego twarzy, wyglądałby oszałamiająco.
Był bardzo przystojny, szczególnie gdy nie golił swojego rudawego zarostu. W myślach nazywałam go "Rudobrodym".
- Dzień dobry, pani doktor.- usiadł na krześle naprzeciwko mojego biurka.
- Xabi miło cię widzieć.- naprawdę ucieszyłam się na jego widok, zawsze był miły a łagodność w jego głosie bardzo mnie wzruszała. - Co cię sprowadza do mojego gabinetu?
- Niestety choroba. 
Nie wiedziałam jakim cudem nagle stał się jednym z moich pacjentów. Wzięłam stetoskop i z drżeniem poprosiłam o podniesienie koszulki.
Na widok jego umięśnionego torsu, pokrytego jasnymi włoskami lekko mnie zamurowało. Widziałam go na boisku, ale w tej sytuacji musiałam być bardzo blisko. Osłuchiwałam go, wsadziłam patyczek do ust, sprawdziłam węzły chłonne.
Gdy mimowolnie dotknęłam jego dłoni, moje ciało przeszył prąd. Widziałam w oczach Alonsa, że poczuł to samo. Nie odezwał się jednak ani słowem pozwalając mi dokończyć badanie.
- Angina, ale na szczęście nie ropna. Przy tych upałach byłoby to bardzo uciążliwe. Przepiszę ci antybiotyk i sprey przeciwbólowy do spryskiwania gardła i migdałków. Zalecam też picie płynów o temperaturze pokojowej, broń boże nie zimnych i unikanie słońca. Nie przesiaduj też w klimatyzowanych pomieszczeniach, to wysusza śluzówkę. - powiedziałam to jak profesjonalista którym byłam.
Xabi uśmiechnął się szeroko odbierając ode mnie recepty.
- Dziękuję pani doktor.
- Nie ma za co, przynajmniej nie tonę w papierkowej robocie. Zaraz kończę i biorę wszystko do domu.
- A byłoby to z mojej strony nietaktem, gdybym zaprosił cię na kawę?
- Nie powinieneś pić gorących napojów. Tylko letnie i nie lodowate.- zaznaczyłam, ale w duchu miałam ochotę zgodzić się na spotkanie. Nie miałam komu opowiedzieć o wszystkim co się działo, czułam się bardzo samotna.
- Ty wypijesz kawę ja soczek, obiecuję! - uniósł dwa palce w górę.
Rozbrajał mnie. Nie potrafiłam mu odmówić.
- Dobrze wrzucę tylko najpotrzebniejsze rzeczy i zaraz możemy jechać.
Po kilku minutach wyszliśmy na zalane słońcem ulice Madrytu. Xabi całą drogę opowiadał mi o swoich sąsiadach i ich trzyletnim synku.  Lubił dzieci co dla wielu kobiet było świetnym dodatkiem do jego męskiej urody.
Po dziesięciominutowym spacerze dotarliśmy do małego bistro prowadzonego przez urocze kolumbijskie małżeństwo.
Xabi zamówił sok i mocną, czarną kawę.
- Nie wyjechałaś na urlop z Ikerem, dlaczego?- zapytał wprost.
Trochę zbiło mnie z tropu jego bezpośrednie pytanie.
- Praca. Wy macie przerwę wakacyjną, ja pracuję w innym sektorze.
- Byłoby mi przykro, gdybym musiał wypoczywać sam.- dotknął delikatnie mojej dłoni.
- Nie wiem czy Ikerowi jest z tego powodu przykro.- upiłam łyk kawy. - Patrzyłam teraz w jego orzechowo-zielone tęczówki jak zahipnotyzowana.
Było w  nich tyle dobroci i współczucia a teraz tego potrzebowałam.
- Martwisz się Sarą Carbonero?- zapytał biorąc moją dłoń w swoją dużą rękę.- Przecież Casillas wie że ma przy sobie wspaniałą partnerkę po cóż mu ta dziewczyna?
- Xabi, mówisz tak bo jesteś jego przyjacielem. Widzę, że ta dziewczyna bardzo mu się podoba, ale też nie zakładam że mnie zdradza. My po prostu...- zacięłam się.
Z moich oczu poleciały łzy, rozkleiłam się w miejscu publicznym przy facecie który był przyjacielem mojego chłopaka.
Palnęłam mu monolog o wszystkim co łączyło mnie z Ikerem( no może pominęłam te erotyczne wstawki). Żaliłam się a łzy nie chciały przestać lecieć. Xabi zachował się jak prawdziwy przyjaciel, cały czas mnie słuchał. Wyszliśmy z knajpy kierując się w stronę opustoszałego o tej porze dnia parku. Płakałam pierwszy raz od jakiegoś czasu, nie wiem co było powodem. Czy bezsilność, czy  brak bliskości.
Xabi słuchał a potem bez słowa przycisnął mnie do siebie podając chusteczki higieniczne. Wytarłam oczy i nos a on uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco.
- Nie jesteś sama. Ja chcę i mogę być twoim przyjacielem. Zobaczysz wszystko się ułoży a teraz chodź odwiozę cię do domu.
Jak go nie lubić?- zadawałam sobie to pytanie przed położeniem się do łóżka. Właśnie prawie straciłam Casillasa a zyskałam przyjaciela.

___________________________________________________________________________
Szczerze mówiąc nie jestem za bardzo zadowolona z tego rozdziału.
Oddaję go jednak pod waszą ocenę i niezmiennie życzę miłego czytania :)
                                                                            Pozdrawiam Fiolka :)

wtorek, 22 stycznia 2013

Rozdział drugi


Endless Summer
Początek czerwca 2012r.

    Jestem już z Ikerem od dwóch lat, ale do tej pory nie zamieszkaliśmy razem.
Oboje byliśmy za bardzo niezależni żeby podjąć tak ważny krok jak dzielenie razem prowadzeniem domu.
Iker mieszkał pod Madrytem w eleganckiej willi a ja wolałam zostać w swoim mieszkaniu w Centrum. Byłam okropnym śpiochem i nie wyobrażałam sobie dojeżdżania do pracy i wczesnego wstawania.
Już nie pracuję w szpitalu, po zrobieniu specjalizacji złożyłam swoje CV w prywatnej klinice San Carlos w której udziały miała sama rodzina królewska. Nie byłam naiwna i doskonale zdawałam sobie sprawę, że moją kandydaturę dyrektor przyjął przede wszystkim ze względu na związek z Casillasem.
Nie byłam z tego zadowolona i od razu naskoczyłam na Ikera, on jednak zbył mnie machnięciem ręki.
- Skarbie jesteś lekarzem, ale nie musisz harować w publicznej placówce. Co jest złego w leczeniu zamożnych ludzi? Jeśli chcesz leczyć charytatywnie to możesz pracować też w fundacji. - uśmiechnął się identycznie jak robił to podczas wywiadów.
Zagotowało się we mnie od środka.
- Nie rozumiesz, że nie po to uczyłam się tyle lat, żeby być traktowana przez pryzmat bycia dziewczyną Casillasa!
- A co złego jest w byciu moją dziewczyną?!- teraz on podniósł głos.
Nie zrozumieliśmy się wtedy. Nie rozumiał, że chciałam osiągnąć wszystko sama bez niczyjej protekcji. Nie chcę być od nikogo zależna.
Zdołaliśmy się jakoś pogodzić, ale to nie była jedyna kwestia sporna na naszej wspólnej drodze.
Iker nie mógł zrozumieć, że nie mam czasu na bezcelowe włóczenie się od gali do gali. Umówiliśmy się, że na najważniejsze wydarzenia będę mu towarzyszyła, ale nie zawsze mam czas a moja praca wymaga ode mnie wielu poświęceń.
W końcu uległam i zgodziłam się pójść na urodziny Xabiego Alonso. Ubrałam się niebieską sukienkę opinającą moje zgrabne ciało a na nogi wsunełam sandałki na  wysokim obcasie. Ikerowi na mój widok zaświeciły się oczy, wiedziałam że miał ochotę pociągnąć mnie na najbliższy fotel i tam pokazać mi jak bardzo mnie pożąda. Uwielbialiśmy takie gierki.
W końcu jednak nie wylądowaliśmy nago na fotelu, tylko na urodzinach jego najlepszego przyjaciela.
Był jedynym zawodnikiem reprezentacji oraz Realu Madryt, którego jeszcze nie znałam.
Gdy zajechaliśmy na miejsce, klub w którym odbywało się przyjęcie był już pełen piłkarzy i innych znanych osób. W progu powitała mnie dziewczyna Sergio Ramosa uśmiechając się szeroko. Obok niej stała Irina Shayk narzeczona Ronalda, który szczerze mówiąc nie przypadł mi do gustu. Nie lubiłam jak faceci bezczelnie zaglądają mi w dekolt a napastnik Realu taki właśnie był.
Przywitałam się jeszcze z Gerardem Pique i Andresem Iniestą, stali w grupce "Barcelony" dyskutując zawzięcie o mającym ich czekać za kilka dni wyjeździe do Polski.
- Tam się wcale nie mówi po rosyjsku, matole.- Puyol prawie krzyczał na Pique.
- No to po jakiemu?- zdziwił się Gerard.
- Po polsku, to logiczne.- puknął się w czoło Iniesta. - Ja się cieszę że tam jedziemy zawsze chciałem pojechać do Polski.
Nie chciałam wtrącać się do ich rozmowy. Znałam Polskę.
Byłam przecież w połowie Polką i mieszkali tam moi dziadkowie. Ojciec nigdy nie jeździł ze mną do nich, ale nigdy nie bronił mi kontaktów z Adamem i Marią. Nie byli winni tego, że ich córka nie chciała swojego dziecka i przedłożyła jego dobro i szczęście nad innego mężczyznę. Wiem, że wyszła za tego Niemca i miała z nim dwójkę dzieci.
Moje rodzeństwo, którego nigdy nie poznam, bo moja matka mnie nie chciała i nie chce.
Odrzuciłam to przykre wspomnienie i odszukałam wzrokiem Ikera, który zmierzał do solenizanta. Podeszłam do niego przyklejając na usta uśmiech.
- Najlepszego staruszku!- Iker poklepał Xabiego po plecach wręczając mu flaszkę drogiego alkoholu. - A to moja Sylwia.- objął mnie w talii gestem posiadacza.
Xabier Alonso był niezwykle przystojnym mężczyzną. Mi skojarzył się z konkwistadorem podbijającym  Nowy Świat a przy tym uwodzącym półnagie Indianki. Nie wiem dlaczego nagle opanowała mnie taka wizja.
- Wszystkiego Najlepszego.- podałam mu rękę a on pochylił się nad nią dotykając  delikatnie wargami.
- Dziękuję oraz bardzo mi miło w końcu cię poznać, Sylwio.- znowu się uśmiechnął a ja wpatrywałam się w jego orzechowo- zielonkawe oczy.
- Mi też jest miło. - zarumieniłam się.
Iker dojrzał Pepe i Ronaldo i gdzieś nam zniknął Znowu powtórzyła się sytuacja z naszej ostatniej, wspólnej imprezy.  Iker spotyka kumpli idzie żłopać alkohol a ja siedzę sama i nie mam do kogo gęby otworzyć.
Tym razem było inaczej.
Zaopiekował się mną sam gospodarz, przedstawiając mi swoich znajomych i przyjaciół. Jego kuzynka Sorella była lekarką tak jak ja. Xabi był bardzo miły i przyjacielski.  Sypał kawałami jak z rękawa i prawie wcale nie pił.
- Nie jesteś stuprocentową Hiszpanką?- zapytał mnie w którymś momencie.
- Nie, jestem w połowie Polką a w połowie Katalonką, ale mieszkam w Hiszpanii od piątego roku życia.
- A co robisz wobec tego w Madrycie?
- Zostałam tutaj po studiach a teraz mam pracę i... - zawahałam się.
- I Ikera.- dodał za mnie.
Nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie.
Czy ja właściwie miałam Ikera? Kim dla siebie byliśmy?
Spojrzałam za siebie próbując wyłowić wzrokiem mojego chłopaka.
Iker siedział w towarzystwie Ronaldo i Pepesa a wokół nich kręciły się dwie aktorki i znana modelka. Powiem wam szczerze, że nawet nie poczułam się zazdrosna. Wtedy zaczęłam się niepokoić.
_______________________________________________________________________
Jest kolejny rozdział. Czuję podskórnie, że fabuła którą wymyśliłam nie zmieści się w pięciu rozdziałach. Oceńcie same i jeśli macie czas i ochotę to komentarze będą mile widziane.
                                                                          Pozdrawiam Fiolka :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Rozdział pierwszy

    Nazywam się Sylwia Soriano Obrycka a tak zaczyna się moja historia.
Urodziłam się w Gdańsku ze związku Hiszpana Juana Pablo Soriano i Matyldy Obryckiej. Mój ojciec przyjechał ze słonecznej Katalonii wprost w mroźną, polską zimę gdzie zakochał się bez pamięci w eterycznej blondynce studiującej prawo. Gdy miałam pięć lat matka poznała bogatego Niemca dla którego zupełnie straciła głowę. Zostaliśmy z ojcem sami. Nie chcąc wychowywać mnie w kraju, który tak bardzo przypominał żonę, tata wyjechał ze mną do Hiszpanii.
Zapytacie mnie czy byłam szczęśliwym dzieckiem?
Odpowiedź jest dość prosta.  Nie pamiętam matki, więc siłą rzeczy nie wiem jak to jest ją mieć. Juan Pablo jak mam w zwyczaju myśleć poświęcił wszystko żebym była szczęśliwa. Nigdy nie stał się pracoholikiem i każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem. Moje dzieciństwo pachniało słońcem, plażą i zapachem pomarańczy, które tata obierał z iście mistrzowską precyzją. Nigdy nie ożenił się ponownie, myślę że nadal nosi w sercu mamę.
    Gdy byłam nastolatką przeklinałam polskie geny, które sprawiły że miałam bladą cerę i jasne włosy. Wszystkie moje koleżanki smażyły się na słońcu chwaląc się potem w szkole piękną złotawą opalenizną. Ja po dłuższym pobycie w promieniach słonecznych byłam czerwona jak pieczony prosiak.
Nigdy nie mogłam zrozumieć chłopców, którym się podobałam. Być może byłam dziwnym zjawiskiem w kraju, gdzie większość dziewczyn ma ciemne włosy i ciemne oczy. Moje przypominały wzburzony Bałtyk zimą.
Tak poetycko opisywał je tata, gdy miał jeden ze swoich melancholijnych dni. Siadaliśmy wtedy przed telewizorem z wielkim pudłem lodów i popcornu oglądając ckliwe komedie romantyczne.
Nie cierpiałam zakończeń w stylu: "I żyli długo i szczęśliwie" Nigdy nie było tego szczęśliwie a prawdę mówiąc ze wszystkich wyrazów zostawało tylko samotne "i".
Tata zawsze był niepoprawnym romantykiem, który pomimo życiowych ciosów patrzy na świat przez różowe okulary. Taki był jego urok a ja nie potrafiłam powiedzieć mu prosto w twarz, że cała jego wiara w miłość jest gówno warta.
    W wieku osiemnastu lat wyjechałam na studia do stolicy. Chciałam zostać lekarzem, ale wierzcie mi nie miałam pobudek altruistycznych. Po prostu los sprawił, że dobrze rozumiałam chemię, fizykę i biologię.
Przez następnych sześć lat zamieniłam się w kujona, ucząc się łacińskich zagadnień, ślęcząc na zajęciach w prosektorium i wlewając w siebie hektolitry kawy. Na piątym roku wiedziałam, że zostanę internistą.
   W 2010 roku miałam dyżur na izbie przyjęć, gdy został do nas przywieziony mężczyzna po stłuczce niedaleko centrum. Pielęgniarki podnieconymi szeptami wymieniały się informacjami. Znały tego przystojnego bruneta o ujmującym uśmiechu.  Starałam się delikatnie opatrzyć jego zranienia, aż moja starsza koleżanka z chirurgii zszyje mu rękę.
Ręce w dużej mierze były jego pracą, bo jak później się dowiedziałam do uniwersyteckiego szpitala przywieziono nam samego El Santo a ściślej mówiąc bramkarza i kapitana reprezentacji Hiszpanii Ikera Casillasa.
Zawsze myślałam, że piłkarza a szczególnie ci z górnej półki to banda zadufanych w sobie bufonów, którzy rwą panienki jak świeże wiśnie. Jak bardzo pomyliłam się, gdy dwa dni po wypadku zastukał do mnie kurier z naręczem jaśminu.
- Od kogo to?- zapytałam niskiego, zezowatego wyrostka.
- W kwiatach powinien być bilecik seniorita.- uśmiechnął się krzywymi zębami i już go nie było.
Zamknęłam drzwi szukając wśród pachnącego kwiecia liściku. Znalazłam go w końcu szybko przebiegając po nim wzrokiem.
"Dziękuję za troskę Sylwio czy mógłbym Ci się  jakoś odwdzięczyć?"- przeczytałam pytanie napisane starannym, męskim pismem.
Pierwszy raz w swoim dwudziestosześcioletnim życiu poczułam się doceniona i mile połechtana.
Kilka godzin później w progu mojego mieszkania pojawił się sam Iker.
Zaprosiłam go do środka i sama nie wiem jak to się stało, że przegadaliśmy pół nocy. Opróżniliśmy przy tym dwie butelki wyśmienitego wina z RPA, które Casillas przywiózł z Mistrzostw Świata w Afryce.
Co się zdarzyło, że w końcu moje zimne serce coś poczuło? Nie mam zielonego pojęcia. Nie zakochałam się, ale z Ikerem mogłam rozmawiać o wszystkim i właściwie o niczym. Podzielał moją pasję podróżniczą, czytał te same książki co ja. Ani się nie spostrzegłam kiedy zostaliśmy kochankami.
W łóżku był czuły i wspaniały nie policzę ile razy doprowadził mnie do progu za którym rozpościerał się ocean rozkoszy. Potrafiliśmy się kochać wszędzie i o każdej porze dnia. Dzięki Ikerowi odkryłam, że można być z kimś, nie zaślepić się głupią miłością i przeżywać najcudowniejsze orgazmy na świecie.
Pewnie was to szokuje?
Możliwe. Nasz związek nie był konwencjonalny, nie czuliśmy wobec siebie zazdrości. Wiedziałam z kim się wiążę i że jego praca łączy się z paparazzi wystającymi za każdym rogiem ulicy i tabunami napalonych małolat chcących chociażby dotknąć dłoni świętego.
Szczerze mówiąc miałam to w dupie.
Tak długo jak Iker potrafił wycisnąć z moich ust krzyki rozkoszy tak nie przeszkadzało mi nic.

___________________________________________________________________________
Oddaję w Wasze ręce moje kolejne opowiadanie i mam szczerą nadzieję, że spodoba się Wam tak samo jak Otuleni Ciemnością.
Tematyka ciut inna, ale mogę Wam obiecać, że będzie się działo.

Miłego czytania! 
                                                                             Buziaki :*